Czy ktoś jeszcze pamięta taki niezły zespół, który się nazywa Apollo 440? Dziewięć lat bez ich nowych nagrań spowodowało, że mało kto uzmysławia sobie, iż to właśnie ta brytyjska grupa była jedną z pierwszych, które zaczęły łączyć rock z muzyką elektroniczną, i to już w połowie lat dziewięćdziesiątych.

Okładka albumu Apollo 440Okazją do napisania tego tekstu jest wydanie przez ten zespół nowego albumu pt. The Future’s What It Used To Be, pierwszego po tylu latach przerwy.

Czy warto było czekać na tę płytę?

Muszę tu przyznać, że mam dość mieszane uczucia, a i recenzje, do których dotarłem, także nie są jednoznaczne i prezentują niekiedy zupełnie skrajne punkty widzenia, od zachwytu i radości, że wreszcie się ukazał ich nowy krążek, do krytyki i wypominania licznych wad tego zbioru.

Myślę, że jednego z pewnością temu albumowi odmówić nie można. Tego mianowicie, że jest swoistym przekrojem i próbką wielkiej liczby stylów i odmian współczesnej muzyki z pogranicza elektroniki.

Na początek skupię się na omówieniu głównej, elektronicznej strony tej płyty, to właśnie ta warstwa muzyczna od lat była, moim zdaniem, zdecydowanie wyróżniającą się w nagraniach Apollo 440.

Na tej płycie istnieje wiele jej odmian, to bardzo eklektyczny zestaw, w którym znajdziemy i energetyczną drum’n'bassową pulsację, fragmenty o dynamice rocka, szczyptę dubu oraz oczywiście dubstepu. Uzupełniają ją wstawki raperskie i wokale w klimacie soulu oraz melorecytacje. Generalnie przeważają utwory ostre w brzmieniu, ale jest też miejsce na fragmenty o wiele spokojniejsze, a nawet na zwyczajną rockową piosenkę z delikatnym tłem.

Znajdziemy tu w kilku nagraniach i „połamane” rytmy, ale bliżej im (niestety) do czysto komercyjnego dubstepu niż do niepokornego, niezmąconego rave’u i jungle’u sprzed wielu lat.

Dziwne może się też wydawać, że muzycy Apollo 440, którzy pochodzą z Anglii, nie sięgają do najlepszych dokonań współczesnego dubstepu rodem z Wielkiej Brytanii, tylko chwytają się brzmień rodem z Ameryki, przez co ich muzyka stacza się w stronę zbyt oczywistą, jak na ten zespół.

Niestety, czas teraz opisać, moim zdaniem, najgorszą cechę tej płyty. Zupełnie nie mogę zrozumieć, czemu Apollo 440 gra w kilku utworach niemal… klasycznego rocka z najbardziej rockowego nurtu. Najpierw jest tu stylizowana na  bluesowe utwory Led Zeppelin ballada (Love Is Evil), następnie nieco przypominający dokonania ZZ Top mocno riffowy (Traumarama) i wreszcie stylizowany na na monumentalne hymny U2 przestrzenny (Fuzzy Logic). Tego niestety ciężko jest słuchać z przyjemnością, takie podrabianie stylu innych wielkich wykonawców przy pomocy elektronicznych „bajerów” jest już zwyczajnym oszustwem i zupełnym nieporozumieniem. Ciekawe dlaczego podczas nagrywania płyty nikt nie powiedział muzykom z Apollo 440, że takimi zapożyczeniami tożsamości od innych i to bardzo znanych twórców zwyczajnie się ośmieszają?

Niestety, wobec tych wszystkich cech nowej płyty Apollo 440 trudno znaleźć coś, co by ją jednoznacznie obroniło jako całość. Owszem, na The Future’s What It Used To Be są przyzwoite pojedyncze utwory, wiele niezłych fragmentów piosenek, ale całość niestety…

Na pewno sięgną po tę płytę wszyscy, u których pierwszymi krążkami, które postawili na swych półkach, były Millennium Fever czy Electro Glide In Blue. Ale niestety – nie znajdą na The Future’s What It Used To Be ani jednego utworu na miarę dawnych wielkich dokonań Apollo 440.

Łezka w oku zakręci im się jedynie może podczas słuchania utworu Smoke & Mirros – bo rozbrzmiewają w nim barwy, jakie pamiętamy z klasyki brytyjskiego rave’u w rodzaju wczesnych dokonań The Prodigy.

Apollo 440 zrobiło swoisty muzyczny kolaż, łącząc nowe elektroniczne style, które starają się na siłę być „trendy”, z fatalnymi w skutkach rockowymi stylizacjami, i raczej przeciętnymi melodiami.

Ogólnie album chyba większej przyjemności nikomu nie sprawi i na pewno nie zostanie w pamięci na długo. Tak to już niestety bywa z muzycznymi klasykami. Często tak jest, że kiedy wydają coś nowego po latach, to zamiast pozostać przy tej muzyce, którą zasłynęli i przetarli nowe szlaki, starają się na siłę stać się nowocześniejsi i „na czasie”. Przez to z pionierów bardzo łatwo mogą zamienić się w epigonów. Chyba tu ten przypadek występuje!

Niestety…

Share

Jako muzyk od lat starający się dotrzeć ze swą muzyką do słuchaczy spoza kręgów znajomych, cały czas szukam nowych sposobów na jej promocję i na zaistnienie w świadomości osób lubiących muzykę podobną do mojej.

O wykorzystaniu potencjału Internetu i o jego niesamowitych możliwościach promocyjnych pisałem tu już w tym artykule, dziś rozszerzę zagadnienie zdobywania nowych odbiorców naszej sztuki o inne sposoby.

Wpis ten może stać się dziesięciopunktową listą kontrolną działań, które każdy z nas może podjąć, by wyjść na szersze wody. Dobrze jest bowiem wciąż tworzyć trochę szumu wokół swojej osoby i można to zrobić we własnym zakresie. Nie myślę tu o rewelacjach typu „jestem gejem, mój gitarzysta też woli chłopców, razem mamy zamiar wychować trójkę dzieci…”, tylko o stałym i konsekwentnym dawaniu o sobie znać i o przypominaniu o swoim istnieniu potencjalnym słuchaczom.

1. Należy zaprojektować i stworzyć swoistą wizytówkę dla firm fonograficznych, prasy i organizatorów koncertów. Powinna zawierać dobrze napisaną biografię, skład z wyszczególnieniem instrumentów, kilka fotografii członków grupy i całego zespołu razem, demo CD i dane kontaktowe.

2. Do prasy lokalnej jest zdecydowanie łatwiej się dostać niż do ogólnopolskiej. Dobrze jest pokazać, że w danej społeczności istnieje dana grupa/solista. Do takiego wydawnictwa też można wysłać wizytówkę opisaną w punkcie 1. Najlepiej od razu kontaktować się z dziennikarzem odpowiedzialnym za rozrywkę lub wydarzenia kulturalne.

3. O zaistnieniu w sieci w ogóle pisałem wcześniej w tym poście, teraz wspomnę jedynie o MySpace. Portale społecznościowe są także obecnie przepełnione muzyką, a popularny „Fejs” jest bardzo skutecznym sposobem zdobycia nowych fanów. Dobrze jest mieć tam swój profil artystyczny, trzeba go możliwie często aktualizować, podając informacje o kolejnych wydawnictwach, fakty z życia artysty/grupy, zamieszczać nowe zdjęcia. Trzeba codziennie poświęcić trochę czasu na zdobywanie nowych znajomych, informowanie ich o wszelkich nowościach, nagraniach i datach koncertów.

4. Radio to wciąż bardzo skuteczny sposób, aby dzielić się swoją muzykę z wieloma osobami. Nie trzeba od razu dostawać się do wielkich, ogólnokrajowych rozgłośni, w mniejszych również można osiągnąć sukces. Dobrze jest wysłać CD do lokalnych prezenterów muzyki na antenie. Rozgłośnie internetowe stają się coraz popularniejsze i często wręcz poszukują nowych wykonawców. Zacznij właśnie od nich.

5. Ciekawym pomysłem na promocję jest udzielenie licencji na bezpłatne wykorzystanie Twojej muzyki w programach lokalnych (na początek) stacji telewizyjnych. Jedyne, czego oczekuj w zamian, to wzmianka w napisach o twórcy i wykonawcy oprawy muzycznej.

6. Spróbuj się skontaktować w wydawcami internetowych stron o muzyce i podobnych e-zinów. Oni często szukają świeżej muzyki do posłuchania. Wyszukaj takie strony i wyślij do nich maile, w których powiedz im, dlaczego powinieneś być opisywany na ich stronie i zapytaj, czy możesz wysłać im swą wizytówkę lub choćby samo CD z nagraniami.

7. Youtube.com to również wspaniałe narzędzie do dzielenia się swoją muzyką. Dobrze jest zaśpiewać lub zagrać cokolwiek do kamery, nakręcić i opublikować tam jakiś filmik o tym, że grasz muzykę – ten serwis naprawdę przyciąga bardzo wielu ludzi.

8. Dobrze jest być dobroczyńcą. Taka ludzka postawa czyni cuda także w reklamie. Znajdź taką sprawę, w którą wierzysz i ogłoś (im szerzej tym lepiej), że zagrasz koncert dla poparcia tej sprawy. To przyniesie nie tylko bogatszy dorobek sceniczny solisty/zespołu, ale zbuduje wizerunek „ideowca”, który może bardzo pomóc w promocji.

9. Wyślij swą płytę do czasopism zorientowanych na dany gatunek muzyki. Dobrze jest wcześniej skontaktować się telefonicznie i zapowiedzieć przesłanie swego nagrania, gdyż niechciane i niezamawiane przesyłki zgubią się w zalewie wielu innych przychodzących wciąż do takiego wydawnictwa.

10. Możesz starać się samodzielnie umawiać występy w kolejnych miastach i w ten sposób  łatwo stworzyć coś na kształt trasy koncertowej. Oczywiście trzeba to nagłośnić we wszelkich tamtejszych lokalnych mediach.

Pamiętaj, że chodzi tu o to, by stale być pomysłowym i uważnym. Trzeba wciąż myśleć o tym, jaki powód mogą mieć słuchacze, aby posłuchać akurat twojej muzyki. Jasne, że to jest wspaniała muzyka, ale na razie wiesz o tym ty i może paru Twoich znajomych…

Trzeba dotrzeć do ludzi i w pewnym sensie zacząć „otaczać” ich swą twórczością. Koniecznie trzeba skończyć (!) z myśleniem kategoriami, że „skoro moja muzyka jest tak dobra i wspaniała, to i tak SAMA wypłynie”, trzeba ją ludziom „wciskać”, gdzie i jak tylko się da, a wówczas może w krótkim czasie będą rezultaty.

Tego z serca sobie i wszystkim życzę!

Powodzenia!

Share

Ten właśnie standard (MIDI) zrewolucjonizował pracę z instrumentami i wszelkim sprzętem elektronicznym w studio i na estradzie.
Do późnych lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku istniało jeszcze wiele różnych protokołów wymiany informacji pomiędzy różnego typu urządzeniami, takimi jak syntezatory czy multiefekty oraz klawiatury sterujące i inne kontrolery. Wiele z tych urządzeń obsługiwało jedynie sterowanie napięciowe (Control Voltage – w skrócie CV/Gate, gdzie „Gate” informuje, czy dany odpowiadający informacji CV klawisz został wciśnięty, czy też zwolniony), inne wprowadzały własne, bardziej „egzotyczne” standardy wymiany informacji.
Efektem tej wielkiej różnorodności standardów było między innymi to, że muzyk wykonujący na żywo bogato zaaranżowane utwory praktycznie nie był widoczny zza wielu piętrowo ułożonych klawiatur i wielkich skrzyń pełnych efektów…

Taka niekomfortowa dla muzyków sytuacja trwała do wczesnych lat osiemdziesiątych, wówczas to zajęto się próbą unifikacji i stworzenia nowego, jednolitego standardu komunikacji takich urządzeń.

W roku 1980 pierwszym na świecie instrumentem, w którym próbnie zamontowano ów interfejs MIDI, był rozbudowany syntezator firmy Yamaha (model DX1), który był też przodkiem niezwykle popularnego typu DX7 (któż nie pamięta tej legendarnej nazwy).

Następnie w roku 1983 Dave Smith przedstawił światu już sformułowaną technicznie propozycję uniwersalnego standardu cyfrowej komunikacji pomiędzy różnymi urządzeniami. Dave Smith skonstruował wówczas bardzo popularny w tamtym czasie (i naprawdę bardzo dobry) instrument Sequential Circuit Prophet 5 – właśnie pierwszy w historii instrument, w którym fabrycznie zastosowano złącza standardu MIDI).

W ten sposób w 1985 roku oficjalnie narodziło się MIDI (Musical Instrument Digital Interface – Cyfrowy Interfejs Instrumentów Muzycznych). MIDI początkowo było wykorzystywane przez niewielką liczbę urządzeń, lecz z upływem czasu zaczęło zdobywać coraz większą popularność.

Z pewnością kamieniem milowym w procesie upowszechniania MIDI było wykorzystanie seryjnie tego portu w komputerach linii ST produkowanych przez firmę Atari…
Wielką ciekawostką związaną z tym standardem był fortepian Boesendorfera, który został wyposażony w to cyfrowe łącze i dzięki temu mógł odtwarzać cyfrowe komunikaty przez wbudowany system zmotoryzowanych klawiszy.

I tak przez kolejne lata interfejs ten wciąż zyskiwał na popularności i stał się niekwestionowanym standardem komunikacji muzycznych urządzeń elektronicznych.

Ale MIDI to obecnie znacznie więcej niż tylko komunikacja instrumentów między sobą i z komputerami. To także sterowanie przeróżnymi przetwornikami dźwięku, praktycznie całym wyposażeniem nowoczesnego studia. W czasie występów na żywo także korzysta się z tego standardu, na przykład do synchronicznej z dźwiękiem pracy systemów oświetleniowych, projekcyjnych i scenograficznych.

Także zdecydowana większość nagrywających i występujących muzyków z kręgu tzw. muzyki poważnej też w jakimś stopniu korzysta z tego standardu podczas rejestracji swych wykonań, choć robi to często nieświadomie. Tak na przykład powstają najbardziej zgodne z duchem klasycznym nagrania wielkich kompozytorów wykonywane przez wirtuozów klasycznych instrumentów, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, że ich wykonanie jest rejestrowane na twardym dysku za pomocą programu DAW (Digital Audio Workstation), który może właśnie dzięki MIDI sterować pracą szeregu efektów i przetworników.

Aż strach pomyśleć, jak potoczyłyby się losy współczesnej technologii w muzyce, gdyby w latach osiemdziesiątych nie opracowano standardu MIDI, ale z drugiej strony jego powstanie było naturalną konsekwencją panującego wówczas rozgardiaszu związanego z istnieniem wielu systemów takiej komunikacji i wcześniej czy później, moim zdaniem, MUSIAŁO zostać opracowane.

Share

To właśnie lata osiemdziesiąte są dla jednych szczytem tandety i kiczu w muzyce, a dla innych (także i dla mnie) jednym z najwspanialszych okresów, wręcz złotymi latami młodości i młodzieńczego szaleństwa, także muzycznego. To właśnie w tych latach 80. byłem (jak może wielu z Was) nastolatkiem, przeżywałem pierwsze miłości „po grób” i zaczynałem żyć pełnią samodzielności, a w muzyce narodziło się i zaczęło kształtować wiele stylów istniejących do dziś: New Romantic, Synth Pop, Italo Disco, Euro Disco, Techno, House, Electro, New Beat.

Wszystkie te style muzyczne łączy przede wszystkim jeszcze wówczas prymitywne i plastikowe brzmienie pierwszych syntezatorów (wtedy było to nieodzowne „objawienie” brzmieniowe). Pewne natomiast jest, że to właśnie te lata przyniosły ogromny rozkwit w muzyce pop i pokrewnych gatunkach, że powstały tysiące utworów, które stały się nieprzemijającymi standardami.

Oprócz największych wykonawców tamtego okresu, znanych i często grających do dziś (jak choćby Depeche Mode), powstało też mnóstwo mniej znanych zespołów, o których dziś pewnie się już nie pamięta, ale za to ich utwory, które przetrwały wiele lat, obecnie często stają się źródłem przeróbek i coverów. Bywa też, że ówczesne utwory są modyfikowane w ten sposób, iż brzmią lepiej i nowocześniej. Często robią to ich twórcy i pierwsi wykonawcy, którzy zdecydowanie poprawiają, uwspółcześniają brzmienie, dając nam w ten sposób stary dobry produkt w zupełnie innym, nowym opakowaniu.

Także w coraz większej liczbie pubów, klubów i dyskotek gra się teraz tamtą muzykę, są nawet takie lokale, które grają wyłącznie disco z lat 80. i mają z tego powodu swoją  stałą i wierną klientelę. Jestem przekonany, że gdziekolwiek się zagra tamtą muzykę, na jakiejkolwiek imprezie (dyskotece, w pubie, imprezie domowej lub okolicznościowej czy na weselu), to mamy praktycznie 100% gwarancję szampańskiej zabawy i pełnego parkietu…

Zresztą powiedzmy sobie szczerze, kto tak naprawdę choćby raz w życiu nie poddał się, nie zatracił w tańcu przy najlepszych utworach Eurythmics, Dead or Alive, Pet Shop Boys, Alphaville, Modern Talking, OMD, Shakin Stevensa, Wham, Michaela Jacksona, A-ha, Abby… Dobrych wykonawców z tamtego okresu można wymieniać naprawdę długo, a jest to wciąż zaledwie garstka spośród wówczas sławnych.

Dlaczego tak jest, dlaczego ta stara, bądź co bądź, muzyka nadal porusza, bawi, „kręci” tak wiele osób, dlaczego jest nieprzemijająca? Moim zdaniem u źródeł jej wieloletniego, spektakularnego sukcesu leży kilka cech istniejących równocześnie.

  • Po pierwsze i chyba najważniejsze, w tamtych utworach są najczęściej bardzo chwytliwe i wpadające w ucho melodie, które raz usłyszane „chodzą po uszach” bardzo długo. Podam bardzo prosty przykład piosenki „Cheri cheri lady”, którą zna chyba każdy mimo upływu niemal trzydziestu lat od premiery
  • Nie mniej ważne moim zdaniem jest to, że ówcześni wykonawcy mieli dużo lepiej opanowany warsztat muzyczny (i wokalny, i instrumentalny) od współczesnych, u których jakże często czyni się cuda techniczne, by śpiew trafiał w tonację i nie był „obok” rytmu. W tamtych czasach zdecydowanie bardziej liczyły się umiejętności artysty i jego talent, który nie był aż tak mocno jak dziś wspomagany przez kampanie medialne i technikę audiowizualną. Liczył się warsztat i pomysł, a nie nie szok i skandal, który wszak z muzyką ma niewiele wspólnego.
  • Dalej będzie to bardziej jednoznaczna, niż jest to obecnie, przynależność do określonego stylu. Wówczas nikt nie miał wątpliwości, że disco to disco, new romantic to new romantic itd. Muzyka tego typu była o wiele mniej eklektyczna niż obecnie, bardziej rozpoznawalna i jednoznaczna stylowo.
  • Nie można też zapomnieć o tym, że w latach 80. obowiązywały inne kanony piękna i sztuki. To co miało być ładne, było rzeczywiście ładne, a teraz różnie z tym bywa…

Jednym słowem, jestem pewien, że i za kolejne 30 lat, np. utwór „Smalltown Boy” Bronskiego Beatu będzie słuchaczy wzruszać i powodować szybsze bicie serca, czego niestety moim zdaniem nie można powiedzieć o twórczości zdecydowanej większości współczesnych wykonawców, których nazw teraz najczęściej nawet nie rozróżniam…

Pora umierać?

Share

Nigel Kennedy jest gościnnym dyrektorem artystycznym Filharmonii Krakowskiej. Występuje, nie tylko koncertując w filharmonii, ale też w licznych klubach jazzowych w Krakowie, często bierze udział w tamtejszych Jam Sessions.

Ten światowej sławy i klasy skrzypek od lat mieszka i pracuje w Krakowie. Zakochał się w tym mieście, ma tutaj swój dom, mieszka w kamienicy przy Floriańskiej. Przy odrobinie szczęścia można go spotkać w wielu klubach jazzowych na Kazimierzu. Często improwizuje na skrzypcach muzykę jazzową, chętnie również gra w towarzystwie innych muzyków. Współpracuje z krakowskim zespołem The Kroke Band, z którym nagrał piękny album pt. “East meets West”.

Od dzieciństwa Kennedy uważany był za niepospolity talent. Podczas nauki w szkole pod kierunkiem Yehudi Menuhina był zdecydowanym faworytem mistrza. Oprócz wirtuozerii technicznej posiada niezwykłe wyczucie stylu i ducha wykonywanej muzyki i serce do niej. Słuchając jego koncertów, da się zauważyć, że skrzypce są jakby jego częścią ciała, jakby stawał się jednością ze swoim instrumentem. Bez trudu i jakby bez wysiłku wyraża w muzyce to, co czuje  i co chce dzięki niej przekazać.

Jego światowa kariera zaczęła się od koncertu w London Royal Festival Hall w 1977 roku, gdzie wykonał koncert skrzypcowy Mendelssohna z orkiestrą Philharmonia (pod dyrekcją Riccardo Muti). Popularność zdobył również dzięki nagraniu “Czterech pór roku” Vivaldiego w 1989 roku, które na długo podbiło listy przebojów w Wielkiej Brytanii. Album ten został wpisany do Księgi Guinnessa, jako płyta z muzyką klasyczną sprzedana w największej liczbie egzemplarzy.

Nigel Kennedy ma dzisiaj 54 lata i mimo dojrzałego wieku jest w stanie zaskoczyć widzów swym młodzieńczym luzem, czubem na głowie i niezobowiązującym ubraniem. Nie zapomnę koncertu w warszawskiej Filharmonii Narodowej, podczas którego wykonał m.in. koncert skrzypcowy Ludwiga van Beethovena w sposób zauważalnie odmienny od ustalonej, akademickiej maniery wykonywania klasycznych dzieł, a ze zgromadzonymi melomanami powitał się i pożegnał gestem „żółwika”, czym szczerze oburzył wielu sztywniaków obecnych na widowni ;-) .

Share

Wróćmy dziś do tematu prezentacji siebie lub swojego zespołu możliwie największej liczbie osób, z których część ma szansę stać się naszymi słuchaczami lub fanami.

Musimy zdać sobie sprawę, że żyjemy w przededniu wielkiej cyfryzacji życia, że korzystanie z Internetu będzie powoli zastępować starsze „analogowe” sposoby działań. Na przykład już w tej chwili dotychczasowy sposób upubliczniania muzyki za pomocą płyt CD powoli ustępuje miejsca jej dystrybucji w formacie plików mp3 właśnie w sieci, a klasyczna reklama, promocja wyrobów w środkach masowego przekazu, zmienia się w pozycjonowanie odpowiednich stron, czyli zbiór takich działań, które zwiększają liczbę odwiedzających na stronach www. Inną nowoczesną metodą docierania do wielu osób jest tzw. marketing wirusowy, czyli rozchodzące się w postępie geometrycznym polecanie znajomym ciekawych miejsc w sieci, które doskonale robi się za pomocą portali społecznościowych. Każdy na pewno nie jeden raz widział na przeróżnych stronach charakterystyczne znaczki „lubię to” lub „nasz profil na Facebooku”, to są właśnie przykłady aktywnego korzystania z tej właśnie formy promocji.

Omawianie metod zdobywania nowych słuchaczy poprzez Internet zacznę od omówienia witryny MySpace.

Uważam, że dziś każdy artysta lub zespół musi mieć swą własną, odrębną stronę www i dobrze także gdy ma swoje konta w różnych serwisach promocyjnych w sieci, a jednym z takich miejsc jest właśnie witryna MySpace.

Jeśli jeszcze nie zdążyliście podjąć takich działań promocyjnych, trzeba koniecznie to zrobić i to możliwie szybko, nie ma sensu marnować szans na pojawienie się w świadomości potencjalnych słuchaczy czy fanów.

Do tej pory forma promocji przez witrynę MySpace jeszcze nie jest powszechna wśród artystów, którzy nie chcą marnować sił, czasu i środków na taką formę autoreklamy. Wielu z nich jest po prostu zrażonych faktem, że ich własne strony „domowe” są ignorowane przez internautów, a to z kolei wynika z braku pozycjonowania tychże stron.
Pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to pomyśleć, czym Twoja/Wasza strona może różnić się od stron tysięcy innych artystów. Twoja strona musi się wyróżniać spośród innych, być rozpoznawalna na tle innych! Po uruchomieniu MySpace 2.0 mamy dużo większe możliwości i lepszą konfigurację dostosowywania strony do własnych potrzeb. Możemy zaprojektować każdy jej element tak, aby spełniał nasze wymogi. W razie braku pomysłów na ostateczną wizję strony, zawsze możemy spytać wujka Google o gotowe rozwiązania graficzne lub, jeśli możemy wydać na to trochę gotówki, zamówić szablon strony u zawodowego grafika.

Myślę, że bardzo dobrym sposobem korzystania z dobrodziejstwa strony MySpace jest użycie jej do skierowania ruchu na indywidualną stronę „domową” i nakłonienie odwiedzających, by np. zostawili tam swe adresy mailowe, zapisując się na newslettery, w księgi gości lub pisząc komentarze. Gdy odwiedzający Twoją stronę zostawi swój adres e-mail, jest już „złowiony” i od tej chwili można mu wysyłać regularnie różne informacje, np. o Twoich/Waszych nowych wydawnictwach, jak i gdzie je taniej kupić w sieci i zapowiedzi zbliżających się koncertów.

A jak zdobywać nowych fanów dzięki MySpace? Proponuję, aby akceptować wszystkie zaproszenia od indywidualnych osób. Ostrzegam także przed nadmiernym dodawaniem innych wykonawców do swoich znajomych, ponieważ najczęściej nie będą oni zainteresowani Twoją muzyką, a jedynie promocją własnej, a to chodzi przecież też i Tobie/Wam. Warto wówczas tylko wejść na profile tych innych wykonawców i ustalić, którego z nich muzyka brzmi choć trochę podobnie do Twojej/Waszej, a wtedy ewentualnie zaproponować znajomość fanom tamtej strony. Nie ma jednak sensu rozsyłanie zaproszeń „jak leci” do wszystkich znajomych danego zespołu. Lepiej skoncentrować się na tych, którzy piszą komentarze. To właśnie ci są najaktywniejszymi użytkownikami i aktywnie słuchają opublikowanych tam utworów. Można zaprosić ich do swoich znajomych i wysłać maila, w którym powinniśmy się przedstawić i zaproponować odwiedzenie Twojej/Waszej strony.

Najlepiej także robić to regularnie, poświęcić temu trochę czasu codziennie, a po pewnym czasie tych konsekwentnych działań na pewno będą  efekty.

Drugą, nie mniej istotną sprawą jest, moim zdaniem, posiadanie własnej, indywidualnej strony „domowej” artysty.

Uwagi dotyczące jej unikatowego charakteru graficznego i sposobów na jego osiągnięcie są identyczne jak w przypadku profilu na MySpace.

Tu także musimy dbać o nowych (i koniecznie powracających) użytkowników. Warto sprawić (to proces ciągły, nie można go zrobić raz na zawsze i zapomnieć), by na stronie panowała „swojska” atmosfera i by strona sprawiała wrażenie żywej i wciąż odwiedzanej przez internautów. Warto także rozmawiać ze słuchaczami i publikować na stronie ich komentarze. Tu także panuje swoista zasada wzajemności, czyli jeśli troszczysz się o nich, to oni będą troszczyć się o Ciebie. Dobrze jest dodać kilka informacji o sobie lub członkach zespołu (podstrona o mnie lub o zespole). Ważne są też zdjęcia. Jedno zdjęcie jest więcej warte niż obszerny fragment gołego tekstu. Najlepiej jest opublikować zarówno te robione przez profesjonalistów, jak i prywatne, dobrze prezentują się fotografie z występów. Oczywiście koniecznie trzeba kandydatom na fanów pozwolić pobrać darmowo 1 lub 2 utwory, które najlepiej uświadomią im, z jakim rodzajem muzyki mają do czynienia.

Sama, nawet najlepsza, muzyka to w dzisiejszych czasach niestety nie wszystko, są ogromne rzesze osób, które coś komponują, nagrywają i wydają swą twórczość i cały problem polega na tym, by wyjść przed nich choćby o włos, a najnowsze technologie internetowe dają nam takie możliwości, trzeba jedynie z nich skorzystać.

Własna strona artysty, konto na MySpace, Facebooku, filmy promujące na YouTube i inne profile w serwisach społecznościowych lub hostujących muzykę to dziś absolutnie niezbędny zestaw każdego artysty poważnie myślącego o promocji swej twórczości.

Życzę owocnego szukania fanów w sieci. Może ktoś ma jeszcze inne pomysły na taką autopromocję?

Share

Drodzy moi czytelniczki i czytelnicy,

z przyjemnością chcę Was poinformować, że właśnie wydałem kolejną swą autorską płytę pod tytułem „Teoria wszystkiego”. Jest to materiał złożony z większych, bardziej rozbudowanych utworów, a jego koncepcja ma ilustrować moją fascynację teoriami filozoficznymi oraz osiągnięciami współczesnej fizyki i kosmologii. Dzięki tym naukom wraz ze zdobywaniem nowej wiedzy o wszechświecie i o naszej w nim roli rodzi się coraz więcej pytań mających charakter filozoficzno-etyczny oraz naukowy.

Zgodnie z duchem czasów, album ten został udostępniony  jedynie w postaci plików mp3 i przynajmniej na razie nie jest planowana jego produkcja w postaci płyty CD, która powoli zaczyna odchodzić do lamusa.

Cały album, jak i pojedyncze utwory można pobrać po uiszczeniu symbolicznej opłaty dla  wydawnictwa ze strony: http://www.soundpark.pl/marek-grabowski lub z niniejszego mojego blogu na zakładce: „Moja muzyka w mp3”

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie,

Marek e-grabek Grabowski

Share

Muzyka jest potężną siłą oddziałującą na nasz stan psychofizyczny. To chyba jest w dzisiejszych czasach oczywiste i nie muszę nikogo przekonywać, że to słuszne stwierdzenie.

To pewnik!

A znów gatunek, rodzaj  muzyki, którego się słucha, mówi niemal wszystko o tym, kim się jest i to właśnie te ulubione zestawienia dźwięków tworzą w ogromnej mierze naszą świadomość, sposób postrzegania zjawisk w życiu i sposoby na nie reagowania.

Z tych zdań wynika, jak sądzę, to, że trzeba być  bardzo ostrożnym, dokonując wyboru muzyki, ponieważ może ona albo zbudować pozytywny nastrój, totalnie zdołować, popchnąć do bardzo pozytywnych czynów dla dobra nas samych i innych lub wręcz przeciwnie: spowodować działania złe, agresywne, wręcz haniebne.

W niemal wszystkich gatunkach muzyki są artyści, którzy przekazują te dobre, budujące nas emocje i tacy, którzy przekazują treści destrukcyjne, pełne agresji i nienawiści. Są również i ci, którzy swą muzyką skłaniają nas jedynie do stagnacji, bierności i obojętności. Zatem rodzaj muzyki, który się wybierze, może pomóc określić zakres naszych działań, a nawet i w pewnym sensie zakres sukcesu, jaki się osiągnie w życiu.

Zgodnie z najnowszymi teoriami psychologicznymi, które opierają się na pradawnej wiedzy, częstokroć jeszcze nieuznawanej przez oficjalną naukę, myśląc negatywni,e przyciągamy negatywne wydarzenia do naszego życia, a poprzez pozytywne myślenie i nastawienie do życia przyciągamy zdarzenia pożądane, te „dobre”. Wnioskuję także z tego, że życiowe szanse, okazje i ogólnie prawdopodobieństwo lepszego życia częściej pojawia się u optymistów, a więc u osób słuchających muzyki niosącej piękno i pozytywne emocje.

Nie chodzi mi o to, że zachęcam do słuchania wesołkowatej muzyki weselnej lub innych głupawych discomłotów, ale raczej do szukania spokojnego i wyszukanego piękna i zrównoważonych emocji, które można wszak znaleźć w niemal każdym gatunku.

Jeśli dotąd Cię nie przekonałem i myślisz może, że to w Twoim przypadku nie działa, musisz sobie uświadomić, że wszystkie działania, które czynisz, są poprzedzone jakąś Twoją myślą. Jak wynika z biologii, z budowy i działania ludzkiego organizmu, każdy nasz czyn jest sterowany przez mózg, a tenże mózg, tworzący także świadomość, jest w pewnym określonym stanie. Nawet działania, reakcje podświadome czy odruchowe także są inicjowane przez układ nerwowy, który jest w stanie uspokojenia lub pobudzenia.

A na ten stan mamy w ogromnej mierze świadomy wpływ i możemy go niejako sterować i programować poprzez rodzaj odczuwanych emocji. A jak wykazałem wcześniej, te emocje możemy w bardzo dużym stopniu kształtować obcowaniem ze sztuką, pięknem lub wręcz przeciwnie z brzydotą, słowem: kształtować także muzyką i to w ogromnym zakresie!
C.B.D.O.

Share

Obróbka dźwięku to kolejny, po skomponowaniu, zmiksowaniu i zgraniu, etap pracy nad utworami. Można w tym celu używać różnych narzędzi (darmowych i płatnych), których wybór jest podyktowany możliwościami finansowymi i zamierzonym zakresem pracy, jaką chcemy wykonać nad materiałem dźwiękowym.
Zacznijmy od rozwiązania prostego i całkowicie bezpłatnego przy zachowaniu naprawdę dużych możliwości edycyjnych, czyli od programu Audacity, którego polską (!) wersję można bez problemu pobrać z internetu, np. ze strony domowej tego programu.
Jest to wielościeżkowy darmowy edytor audio, rozprowadzany na licencji GNU General Public License (GPL). Umożliwia nagrywanie i odtwarzanie muzyki, importowanie i eksportowanie plików WAV, AIFF i MP3. Można go używać do wszechstronnej edycji plików dźwiękowych – dzielenia, kopiowania, wklejania, miksowania ścieżek lub wprowadzania licznych efektów dźwiękowych do nagrań. Program ma wbudowany analizator spektrum, częstotliwości i amplitudy edytowanych lub nagrywanych plików. Funkcjonalność aplikacji można rozszerzać za pomocą pluginów dostępnych na witrynie programu. Dzięki niemu można na przykład wykonać niezwykle prosty i szybki mastering przy wykorzystaniu funkcji „Wyrównywacz” dostępnej bezpośrednio z menu programu.
Innym edytorem o naprawdę ogromnych możliwościach jest Sound Forge Pro firmy Sony. Oferuje mnóstwo możliwości w zakresie edycji i korekcji cyfrowego dźwięku i nakładania efektów. Sound Forge Pro jest narzędziem, z którego mogą korzystać zarówno profesjonaliści, jak i muzycy i dźwiękowcy amatorzy, a to dzięki łatwemu w obsłudze i intuicyjnemu interfejsowi. Program oferuje między innymi obsługę rozszerzeń w formacie VST, własny język skryptowy (tworzenie i edycja skryptów), narzędzie Audio scrubbing (odsłuch całości dźwięku lub jego fragmentu za pomocą specjalnego suwaka), obsługę ASIO, przetwarzanie wsadowe, wtyczki audio dla DirectX, czyli praktycznie każdą edycję dźwięku, jaką moglibyśmy sobie kiedykolwiek wymarzyć. Moim zdaniem jest to najlepszy program w tej klasie. Przy tych wszystkich niewątpliwych zaletach ma tylko jedną wadę. Jest niestety narzędziem komercyjnym i to dość drogim.
Ostatnim sposobem, który chcę dziś opisać, jest wykorzystanie naszego rozbudowanego sequencera ponownie (czyli programu DAW), tym razem w roli edytora audio. Jest to sposób chyba najprostszy, gdyż nie wymaga zakupu kolejnego programu, a i omija nas też konieczność nauki kolejnej skomplikowanej aplikacji. W tym celu tworzymy nowy projekt tego programu, a następnie importujemy do niego tylko jedną ścieżkę naszego ostatecznego wyeksportowanego miksu i potem nakładamy na nią wszystkie konieczne efekty zawarte w menu programu oraz w postaci wtyczek VST, których niezliczoną liczbę znajdziemy za darmo w sieci. Po uzyskaniu wszystkich wymaganych ustawień korekcji, pogłosu i kompresji, ponownie eksportujemy efekt z tymi wszystkimi ustawieniami do pliku audio.
Dzięki tym opisanym metodom możemy ostatecznie „wyszlifować’ i skorygować nasz materiał, ujednolicić brzmieniowo wszystkie utwory należące do jednego zbioru (np. na jedną płytę) i dokonać ostatecznego ich masteringu. Musimy jednak pamiętać, że totalnie fatalnego miksu nie uda się już wskrzesić na tym etapie ostatecznych poprawek i wówczas jedynym wyjściem jest powrót do etapu miksu i ponownego zgrywania utworu…
A może macie jeszcze jakieś inne sposoby na taki ostateczny szlif dźwięku?

Share

Myślę, że możemy uznać, że w naturze człowieka leży jego wrażliwość na muzykę i wrodzona muzykalność. Z drugiej jednak strony, jest rzeczą oczywistą, że tyle jest preferencji muzycznych i gustów do jej odbioru, ilu jest ludzi na świecie.

A na muzykę składa się niemal nieskończona liczba gatunków, podgatunków, rodzajów i stylów, z których najczęściej uprawianą i odbieraną jest muzyka POP. Poza nią, obok ogromnej liczby innych nurtów, zdecydowanie rzadziej uprawiane są nowoczesne rytmy spod znaku techno, rave, trance i to na nich chcę się skupić w dzisiejszym poście.

Wiele osób nie darzy takiej muzyki sympatią, wręcz po prostu jej nie toleruje, jednak ten zdecydowanie niszowy gatunek ma swoich wiernych wielbicieli. Mogą o tym świadczyć liczne koncerty i pełne sale na występach mniej lub bardziej znanych wykonawców i wreszcie jej wszechobecność na scenach klubowych całego świata.

Ta często wykonywana na żywo muzyka swoją popularność zyskała mimo to, że nie jest „lekka, łatwa i przyjemna”, a także mimo nieobecności prostych melodii i braku chwytliwych refrenów. Dlaczego? Bo właśnie zupełnie nie o to chodzi w tym gatunku!

Sądzę, że jest to taki rodzaj, w którym przede wszystkim najbardziej liczy się trans, wprowadzenie umysłu słuchacza w odmienny stan świadomości, w którym przeważającą rolę zaczyna odgrywać podświadomość i zyskuje się zmienioną wrażliwość na bodźce, także te dźwiękowe.

To stan, który uzyskać można niemal wyłącznie podczas wykonań na żywo, dzięki uczestnictwu wielu osób i ich świadomemu poddaniu się transowemu działaniu bardzo głośnej muzyki wspomaganej scenografią i światłem. Stąd także wynika, że techno i style pokrewne zyskują popularność niemal wyłącznie na imprezach na żywo i są o wiele rzadziej obecne na albumach lub w mediach.

Innymi słowy, myślę że nie jest to muzyka „artystyczna” w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, nie daje nam przeżyć estetycznych z obcowania z melodią i harmonią, a jej głównym atutem i wartością jest możliwość wpływu na umysł słuchającego i wprowadzenie go w stan transu.

To nie zawsze i nie wszystkim może się podobać, ale uważam, że jest współczesną formą osiągania odmiennych stanów świadomości, uprawianą już wszakże od czasów najdawniejszych. Kiedyś temu służyły bębny, monotonny głos szamana i zioła palone w ognisku, a współcześnie daje to nam głośny beat, jednostajny dźwięk podkładu i światło stroboskopu…

Nie zawsze, ale czasem lubię się poddać temu transowi, oddać się w posiadanie rytmowi.

Wy też?

Share