Uważam subiektywnie, że Sabaton to wspaniały zespół i to nie tylko w kontekście gatunku, który reprezentuje – metalu, ale w ogóle jest to świetna grupa w kategoriach bezwzględnych, po prostu rewelacyjny zespół grający swą niesamowitą muzykę.
Dla mnie to proste i wręcz idealne przedłużenie monumentalnego trash-metalu, np. spod znaku wczesnej Metalliki, w którym zwykły prosty czad świetnie się łączy z monumentalnymi i powolnymi frazami (głównie w refrenach). Jak mnie kręci taki patos przez duże P, od którego natychmiast mam gęsią skórkę.
I choć moją ulubioną muzyką jest muza elektroniczna w klasycznym stylu berlińskim, to jednak ten monumentalizm i brzmienie wręcz „totalne” Sabatonu bardzo mi działa na wyobraźnię i wyzwala we mnie ogromne pokłady energii…
Tyle o samych dźwiękach i brzmieniu, a oczywiście trzeba maksymalny szacun też im oddać z powodu świetnych i prawdziwych tekstów, jakże dla Polaków chwalebnych, propagujących polską historię w kontekście wielkich i bohaterskich czynów naszych żołnierzy zwłaszcza podczas II wojny światowej.
Zresztą mój kontakt z z muzyką tej grupy rozpoczął się od fascynacji utworem pod tytułem Uprasing, który w sposób dość pełny i dramatyczny relacjonuje przebieg Powstania Warszawskiego i dobitnie zwraca uwagę, że sojusznicy okupowanej Polski po prostu się od nas odwrócili i pozwolili wykrwawić się temu miastu podczas tłumienia oporu powstańców i planowego niszczenia miasta i przekształcania go w stertę gruzów.
Jednym słowem jestem bardzo ZA i to pod względem muzyki, nastroju i przekazu tekstowego. Myślę, że raczej jest niewielu wykonawców na świecie, którzy tak umiejętnie jak Sabaton potrafią połączyć charakter przekazu słownego (tu wielkie i bohaterskie czyny żołnierzy) z muzyką pełną monumentalizmu i umiejętnie budowanego patosu.
Bardzo polecam!
Kiedy byłem nastolatkiem, gdzieś przeczytałem, na pozór pretensjonalne, stwierdzenie, że:”muzyka to twarz Boga”. To bardzo odważne słowa i z pewnością mogą głęboko urazić osoby głęboko wierzące, ale ja skłonny jestem zaryzykować poparcie tej tezy i zaraz postaram się uzasadnić mój tok myślenia, który prowadzi do zaakceptowania wyżej wymienionych słów.
Pisałem na tym blogu pewien post, w którym starałem się wykazać, że muzyka jest najbardziej abstrakcyjną formą sztuki i twierdzenie to oparłem na tym prostym fakcie, że jako jedyna nie ma żadnego realnego przedmiotu do przekazu treści, znaczenia i że niejako „staje się” w umyśle słuchacza wyłącznie podczas obcowania z dźwiękiem (czyli tylko z wrażeniem).
Sądzę także, że jeśli spróbujemy zjawisko Boga we wszechświecie rozpatrywać w oderwaniu od systemów religijnych, myśleć o nim jako o uniwersalnym absolucie, jako tym kimś/czymś co „jest, który jest”, który jest zupełnie niepoznawalny, niemierzalny dla ułomnej istoty ludzkiej, a my jedynie wierzymy, że jest praprzyczyną i prapoczątkiem całej realnej rzeczywistości, to możemy zacząć tytułową metaforę rozumieć w zupełnie inny sposób.
Oto mamy bowiem dwie najwyższe abstrakcje. Jedną z nich jest najmniej realne (nienamacalne) dzieło człowieka – muzyka i najbardziej abstrakcyjny byt wszechświata, także oderwany od wszelkich prób kodyfikacji – Bóg.
Subiektywnie sądzę, że żonglując pojęciami i przekraczając ograniczenia naszych umysłów podporządkowanych tradycyjnym znaczeniom, możemy pokusić się o połączenie w wyobraźni tych obu istnień i pomyśleć o muzyce jako o tym dziele najwyższym, wykraczającym poza ograniczenia człowieczej jaźni, jako o bycie samoistnym i będącym tym samym twarzą Boga, czyli na równi z Nim abstrakcyjnym.
Oczywiście dowód mojej początkowej tezy musi opierać się koniecznie na wymienionym założeniu pewnych abstrakcji i tym wpisem na pewno nie chcę urazić uczuć i sądów tych wszystkich, którzy pojęcie Boga rozumieją w bardziej tradycyjny sposób, w sposób zgodny z nauką religii.
Dziś chcę się podzielić moją ogromną radością, która mnie przepełnia od kilku dni. Wrócę do tematu tworzenia muzyki z potrzeby serca i dla własnej satysfakcji i poczucia robienia czegoś ważnego i potrzebnego w życiu.
Pisałem już tu, że zadecydowałem niegdyś, jeszcze w nastoletniej młodości, iż będę tworzył muzykę osobistą, że moja muzyka nie będzie aspirować do stawania się przebojami ani nawet muzyką znaną tzw. szerokiemu odbiorcy. Wymyśliłem, że prawdopodobnie nagrodą za ten twórczy wysiłek będzie uznanie nielicznych słuchaczy i moja świadomość ich wzruszeń podczas spotkań z moją sztuką.
Wszystko fajnie i przyjemnie jest być muzykiem niszowym, ale jednak jakiś widomy znak docierania do słuchaczy spoza wąskiego kręgu „wybrańców”, jakim jest sprzedaż płyty, jest także, jak się okazuje, niezwykle inspirujący i mobilizujący muzyka amatora, którym wszak jestem. Nie pozostaje także w sprzeczności z charakterem mojej muzyki, która nie jest prostym hitem.
Udało mi się sprzedać pojedyncze egzemplarze mojego debiutanckiego albumu i to zarówno w wersji mp3 ze strony SoundPark, jak i w postaci normalnej płyty CD.
Nie muszę chyba szczegółowo opisywać, jaka to niesamowita radość, że znalazły się osoby chcące zainwestować w pełną wersję mojego albumu i że niewielkie darmowe fragmenty utworów były w stanie ich przekonać do zakupu pełnego zestawu.
Sądzę, że niewiele jest na świecie rzeczy, które mogą równie intensywnie stymulować muzyka do dalszej twórczości jak pozytywny odbiór jego starań!
Napiszcie proszę tu o swoich sukcesach wydawniczych…
Jak to się robi, czyli konkretnie, jak i czym swą wymyśloną muzykę można zagrać, nagrać, zarejestrować, zmiksować, ubarwić i wydać w szeroki świat…
Pierwsze zastrzeżenie dla całości tego cyklu: poniższe porady najlepiej sprawdzają się w przypadku muzyki elektronicznej i takiej, w której nie używamy instrumentów akustycznych i głosu nagrywanych za pomocą mikrofonu.
Ten poradnik opieram w przeważającej części na własnych doświadczeniach, na wiadomościach, które znalazłem w licznej literaturze oraz na poradach i wymianie opinii na temat nagrywania i produkcji dźwięku, które słyszałem z ust znajomych muzyków.
Sam niegdyś, w momencie gdy zaczynałem swą przygodę z wykorzystaniem komputera jako centrum zarządzającego moją muzyczną twórczością, bardzo chciałem trafić na taki poradnik jak ten, ale to było w czasach jeszcze przedinternetowych i chcąc nie chcąc, musiałem do wszystkiego dochodzić sam metodą prób i błędów. Dlatego teraz chcę oddać wszystkim chętnym ten mój poradnik i tym samym wspomóc innych w tej czasem skomplikowanej dziedzinie doboru i podłączenia wszystkiego, by zechciało „gadać”.
W tym poradniku celowo nie zamieszczam dokładnych instrukcji instalacji i konfiguracji poszczególnych programów i sterowników sprzętowych, gdyż te zawsze są opisane szczegółowo w instrukcji obsługi danego sprzętu lub oprogramowania, poza tym bez trudu można je pobrać ze stron producentów.
Dziś 1.część, czyli instrument, jako źródło dźwięku.
Pisałem już na tym blogu i teraz powtórzę raz jeszcze, że obecnie jestem zdecydowanym zwolennikiem instrumentów programowych, czyli wtyczek VSTi działających pod kontrolą i dzięki aplikacji nadrzędnej, tak zwanego hosta. Instrumenty VSTi to zazwyczaj niewielkie pliki z rozszerzeniem *.dll, które najczęściej wystarczy umieścić w odpowiednim folderze, folder ten przyporządkować programowi hostowi i wszystko działa aż miło. Instrumenty programowe i klawiatura sterująca podłączona do komputera to doskonałe rozwiązanie dla domowego studia i to nie tylko muzyka nieprofesjonalnego…
Przykłady…
Chyba (zasłużenie) najpowszechniejszym programem używanym w roli programowego sequencera i zarazem hosta VST jest bardzo rozbudowany, a przy okazji wystarczająco intuicyjny Cubase firmy Steinberg. Cubase od roku 1996 wspiera standard VST (jego twórcą jest wszak firma Steinberg) i robili to bardzo dobrze. Podczas instalacji tego sequencera tworzy on automatycznie na dysku folder VstPlugins, który jest zdefiniowany jako folder dla naszych instrumentów. Jak wspomniałem, większość ich wystarczy dodać do tego folderu, a Cubase zacznie od razu z nich korzystać. Niektóre są wyposażone we własne instalatory wymagające podania klucza licencyjnego i zlokalizowania folderu docelowego dla instrumentów VST. Bardziej rozbudowane instrumenty wymagają także podania folderu docelowego dla przechowywania swych bibliotek brzmieniowych.
Nie polecam domyślnego umieszczania ich na partycji systemowej, najczęściej w Program Files, gdyż jakikolwiek problem z systemem zakończony jego powtórną instalacją skutkuje utratą całej misternie tworzonej własnej biblioteki brzmieniowej. Inne programy hosty (np. także popularny Cakewalk Sonar) również potrzebują zdefiniowania im folderu z wtyczkami i chętnie proponują własne sposoby jego nazwania i umieszczenia na dysku. Sądzę jednak, że to właśnie sposób Steinberga (folder VstPlugins) jest najlepszy, ponieważ stał się standardem dla wielu innych programów, na przykład edytorów dźwięku, o których będę pisał w kolejnych częściach tego cyklu.
Instrumenty już mamy, sequencer do ich uruchamiania i kontrolowania także i by zacząć grać i nagrywać, pozostaje jeszcze zająć się podłączeniem jakiejś klawiatury do komputera.
Taką klawiaturą może być praktycznie każdy instrument klawiszowy, a one już od lat są fabrycznie wyposażane w interfejs MIDI, który jest nam potrzebny do połączenia z komputerem.
Istnieje jeszcze inny standard takich połączeń oznaczanych w instrumentach mianem „to host”, ale jest on mniej popularny i chyba częściej stwarza problemy połączeniowe, dlatego go nie polecam i radzę skupić się na MIDI, które najczęściej jest implementowane w instrumentach obok wspomnianych gniazd to-host.
Ja korzystam i polecam innym wyposażenie swego komputera w klawiaturę sterującą MIDI, która sama w sobie żadnych brzmień nie wytwarza i jest wyłącznie kontrolerem dla instrumentów grających „pod wodzą” naszego programu hosta. To rozwiązanie jest tańsze od korzystania ze sprzętowych klawiatur generujących brzmienia, te ostatnie polecam do gry na instrumentach wirtualnych tylko w przypadku gdy już mamy jakąś klawiaturę i chcemy ją wykorzystać także i w tym celu.
Na dziś tyle, w kolejnym odcinku poruszę temat nagrywania, miksowania i dalszej obróbki dźwięku.



