Twoje imię (wymagane)

Twój e-mail (wymagane)

Temat

Twoja wiadomość

Share

Monthly Archives: Luty 2012

W powyższym tytule NIE deklaruję moich rosnących pozytywnych uczuć do jakiegoś zespołu/wykonawcy po pierwszym zetknięciu się z jego dyskografią. Nie, dziś chcę się zająć rozmyślaniem o twórczości tych artystów, którzy już swoim pierwszym wydawnictwem zburzyli dotychczasowe normy estetyczne i stworzyli podwaliny nowych trendów czy stylów w muzyce.
Znam wielu takich, wielu bardzo sobie cenię i dziś chcę, choć odrobinę, zająć się analizą tego fenomenu pierwszej, przełomowej płyty.
Dodam, że kolejność wymienianych artystów w tym cyklu postów nie wartościuje ich twórczości w mojej ocenie. Niech to będzie raczej swobodna impresja na tytułowy temat i będę go z pewnością opisywał jeszcze długo. To dla mnie bowiem dość ważne źródło muzycznych przemyśleń i chętnie poświęcę oddzielny artykuł każdemu artyście, któremu udało się dokonać takiego „dzieła pierwszej płyty”.

A zatem po pierwsze, King Crimson pod wodzą Roberta Frippa i jego debiutancki „In the Court of the Crimson King”. Ja wiem, że King Crimson poświęciłem już niegdyś cały post, ale muszę teraz ponownie wrócić do twórczości tej brytyjskiej grupy, gdyż ich pierwsze wydawnictwo idealnie pasuje do tematu, który dziś zapoczątkowałem. In the Court of the Crimson King to album, który wyznaczył górną granicę art rocka na wiele lat, bowiem mnóstwo osób uważa, że wyżej już nie można. Wielu także sądzi, że to najlepszy debiut muzyczny, jaki słyszeli i płyta doskonała w niemal każdym calu. Wspaniałe połączenie tego, co charakterystyczne dla rocka z monumentalnymi frazami symfonicznymi, z wieloma delikatnymi zagrywkami instrumentów akustycznych i wstawkami atonalnej awangardy. Wszystko to wzbogacone dojrzałą i poetycką warstwą tekstową autorstwa Petera Sinfielda. Czy można oczekiwać czegoś więcej?
Płyta ta zawiera piękne utwory, jest tajemnicza, niepokojąca, smutna, a przez to niezwykle wciągająca. Zdecydowanie ponadczasowa i wyraźnie wyprzedzająca czasy, w których powstała. Jest bardzo klimatyczna, bogata instrumentalnie i kompozycyjnie i przepełniona gwałtownymi emocjami.
Mogę ją opisywać superlatywami w nieskończoność, a i tak nie uda mi się opisać jej wielkości. To z pewnością jeden z najważniejszych albumów dla mnie i dla wielu w całej historii muzyki, dzieło nie tylko piękne i przebogate w warstwie muzycznej i tekstowej, ale też mające ogromny wpływ na dalszy rozwój muzyki.

Share

Czy ktoś jeszcze pamięta taki niezły zespół, który się nazywa Apollo 440? Dziewięć lat bez ich nowych nagrań spowodowało, że mało kto uzmysławia sobie, iż to właśnie ta brytyjska grupa była jedną z pierwszych, które zaczęły łączyć rock z muzyką elektroniczną, i to już w połowie lat dziewięćdziesiątych.

Okładka albumu Apollo 440Okazją do napisania tego tekstu jest wydanie przez ten zespół nowego albumu pt. The Future’s What It Used To Be, pierwszego po tylu latach przerwy.

Czy warto było czekać na tę płytę?

Muszę tu przyznać, że mam dość mieszane uczucia, a i recenzje, do których dotarłem, także nie są jednoznaczne i prezentują niekiedy zupełnie skrajne punkty widzenia, od zachwytu i radości, że wreszcie się ukazał ich nowy krążek, do krytyki i wypominania licznych wad tego zbioru.

Myślę, że jednego z pewnością temu albumowi odmówić nie można. Tego mianowicie, że jest swoistym przekrojem i próbką wielkiej liczby stylów i odmian współczesnej muzyki z pogranicza elektroniki.

Na początek skupię się na omówieniu głównej, elektronicznej strony tej płyty, to właśnie ta warstwa muzyczna od lat była, moim zdaniem, zdecydowanie wyróżniającą się w nagraniach Apollo 440.

Na tej płycie istnieje wiele jej odmian, to bardzo eklektyczny zestaw, w którym znajdziemy i energetyczną drum’n'bassową pulsację, fragmenty o dynamice rocka, szczyptę dubu oraz oczywiście dubstepu. Uzupełniają ją wstawki raperskie i wokale w klimacie soulu oraz melorecytacje. Generalnie przeważają utwory ostre w brzmieniu, ale jest też miejsce na fragmenty o wiele spokojniejsze, a nawet na zwyczajną rockową piosenkę z delikatnym tłem.

Znajdziemy tu w kilku nagraniach i „połamane” rytmy, ale bliżej im (niestety) do czysto komercyjnego dubstepu niż do niepokornego, niezmąconego rave’u i jungle’u sprzed wielu lat.

Dziwne może się też wydawać, że muzycy Apollo 440, którzy pochodzą z Anglii, nie sięgają do najlepszych dokonań współczesnego dubstepu rodem z Wielkiej Brytanii, tylko chwytają się brzmień rodem z Ameryki, przez co ich muzyka stacza się w stronę zbyt oczywistą, jak na ten zespół.

Niestety, czas teraz opisać, moim zdaniem, najgorszą cechę tej płyty. Zupełnie nie mogę zrozumieć, czemu Apollo 440 gra w kilku utworach niemal… klasycznego rocka z najbardziej rockowego nurtu. Najpierw jest tu stylizowana na  bluesowe utwory Led Zeppelin ballada (Love Is Evil), następnie nieco przypominający dokonania ZZ Top mocno riffowy (Traumarama) i wreszcie stylizowany na na monumentalne hymny U2 przestrzenny (Fuzzy Logic). Tego niestety ciężko jest słuchać z przyjemnością, takie podrabianie stylu innych wielkich wykonawców przy pomocy elektronicznych „bajerów” jest już zwyczajnym oszustwem i zupełnym nieporozumieniem. Ciekawe dlaczego podczas nagrywania płyty nikt nie powiedział muzykom z Apollo 440, że takimi zapożyczeniami tożsamości od innych i to bardzo znanych twórców zwyczajnie się ośmieszają?

Niestety, wobec tych wszystkich cech nowej płyty Apollo 440 trudno znaleźć coś, co by ją jednoznacznie obroniło jako całość. Owszem, na The Future’s What It Used To Be są przyzwoite pojedyncze utwory, wiele niezłych fragmentów piosenek, ale całość niestety…

Na pewno sięgną po tę płytę wszyscy, u których pierwszymi krążkami, które postawili na swych półkach, były Millennium Fever czy Electro Glide In Blue. Ale niestety – nie znajdą na The Future’s What It Used To Be ani jednego utworu na miarę dawnych wielkich dokonań Apollo 440.

Łezka w oku zakręci im się jedynie może podczas słuchania utworu Smoke & Mirros – bo rozbrzmiewają w nim barwy, jakie pamiętamy z klasyki brytyjskiego rave’u w rodzaju wczesnych dokonań The Prodigy.

Apollo 440 zrobiło swoisty muzyczny kolaż, łącząc nowe elektroniczne style, które starają się na siłę być „trendy”, z fatalnymi w skutkach rockowymi stylizacjami, i raczej przeciętnymi melodiami.

Ogólnie album chyba większej przyjemności nikomu nie sprawi i na pewno nie zostanie w pamięci na długo. Tak to już niestety bywa z muzycznymi klasykami. Często tak jest, że kiedy wydają coś nowego po latach, to zamiast pozostać przy tej muzyce, którą zasłynęli i przetarli nowe szlaki, starają się na siłę stać się nowocześniejsi i „na czasie”. Przez to z pionierów bardzo łatwo mogą zamienić się w epigonów. Chyba tu ten przypadek występuje!

Niestety…

Share

Jako muzyk od lat starający się dotrzeć ze swą muzyką do słuchaczy spoza kręgów znajomych, cały czas szukam nowych sposobów na jej promocję i na zaistnienie w świadomości osób lubiących muzykę podobną do mojej.

O wykorzystaniu potencjału Internetu i o jego niesamowitych możliwościach promocyjnych pisałem tu już w tym artykule, dziś rozszerzę zagadnienie zdobywania nowych odbiorców naszej sztuki o inne sposoby.

Wpis ten może stać się dziesięciopunktową listą kontrolną działań, które każdy z nas może podjąć, by wyjść na szersze wody. Dobrze jest bowiem wciąż tworzyć trochę szumu wokół swojej osoby i można to zrobić we własnym zakresie. Nie myślę tu o rewelacjach typu „jestem gejem, mój gitarzysta też woli chłopców, razem mamy zamiar wychować trójkę dzieci…”, tylko o stałym i konsekwentnym dawaniu o sobie znać i o przypominaniu o swoim istnieniu potencjalnym słuchaczom.

1. Należy zaprojektować i stworzyć swoistą wizytówkę dla firm fonograficznych, prasy i organizatorów koncertów. Powinna zawierać dobrze napisaną biografię, skład z wyszczególnieniem instrumentów, kilka fotografii członków grupy i całego zespołu razem, demo CD i dane kontaktowe.

2. Do prasy lokalnej jest zdecydowanie łatwiej się dostać niż do ogólnopolskiej. Dobrze jest pokazać, że w danej społeczności istnieje dana grupa/solista. Do takiego wydawnictwa też można wysłać wizytówkę opisaną w punkcie 1. Najlepiej od razu kontaktować się z dziennikarzem odpowiedzialnym za rozrywkę lub wydarzenia kulturalne.

3. O zaistnieniu w sieci w ogóle pisałem wcześniej w tym poście, teraz wspomnę jedynie o MySpace. Portale społecznościowe są także obecnie przepełnione muzyką, a popularny „Fejs” jest bardzo skutecznym sposobem zdobycia nowych fanów. Dobrze jest mieć tam swój profil artystyczny, trzeba go możliwie często aktualizować, podając informacje o kolejnych wydawnictwach, fakty z życia artysty/grupy, zamieszczać nowe zdjęcia. Trzeba codziennie poświęcić trochę czasu na zdobywanie nowych znajomych, informowanie ich o wszelkich nowościach, nagraniach i datach koncertów.

4. Radio to wciąż bardzo skuteczny sposób, aby dzielić się swoją muzykę z wieloma osobami. Nie trzeba od razu dostawać się do wielkich, ogólnokrajowych rozgłośni, w mniejszych również można osiągnąć sukces. Dobrze jest wysłać CD do lokalnych prezenterów muzyki na antenie. Rozgłośnie internetowe stają się coraz popularniejsze i często wręcz poszukują nowych wykonawców. Zacznij właśnie od nich.

5. Ciekawym pomysłem na promocję jest udzielenie licencji na bezpłatne wykorzystanie Twojej muzyki w programach lokalnych (na początek) stacji telewizyjnych. Jedyne, czego oczekuj w zamian, to wzmianka w napisach o twórcy i wykonawcy oprawy muzycznej.

6. Spróbuj się skontaktować w wydawcami internetowych stron o muzyce i podobnych e-zinów. Oni często szukają świeżej muzyki do posłuchania. Wyszukaj takie strony i wyślij do nich maile, w których powiedz im, dlaczego powinieneś być opisywany na ich stronie i zapytaj, czy możesz wysłać im swą wizytówkę lub choćby samo CD z nagraniami.

7. Youtube.com to również wspaniałe narzędzie do dzielenia się swoją muzyką. Dobrze jest zaśpiewać lub zagrać cokolwiek do kamery, nakręcić i opublikować tam jakiś filmik o tym, że grasz muzykę – ten serwis naprawdę przyciąga bardzo wielu ludzi.

8. Dobrze jest być dobroczyńcą. Taka ludzka postawa czyni cuda także w reklamie. Znajdź taką sprawę, w którą wierzysz i ogłoś (im szerzej tym lepiej), że zagrasz koncert dla poparcia tej sprawy. To przyniesie nie tylko bogatszy dorobek sceniczny solisty/zespołu, ale zbuduje wizerunek „ideowca”, który może bardzo pomóc w promocji.

9. Wyślij swą płytę do czasopism zorientowanych na dany gatunek muzyki. Dobrze jest wcześniej skontaktować się telefonicznie i zapowiedzieć przesłanie swego nagrania, gdyż niechciane i niezamawiane przesyłki zgubią się w zalewie wielu innych przychodzących wciąż do takiego wydawnictwa.

10. Możesz starać się samodzielnie umawiać występy w kolejnych miastach i w ten sposób  łatwo stworzyć coś na kształt trasy koncertowej. Oczywiście trzeba to nagłośnić we wszelkich tamtejszych lokalnych mediach.

Pamiętaj, że chodzi tu o to, by stale być pomysłowym i uważnym. Trzeba wciąż myśleć o tym, jaki powód mogą mieć słuchacze, aby posłuchać akurat twojej muzyki. Jasne, że to jest wspaniała muzyka, ale na razie wiesz o tym ty i może paru Twoich znajomych…

Trzeba dotrzeć do ludzi i w pewnym sensie zacząć „otaczać” ich swą twórczością. Koniecznie trzeba skończyć (!) z myśleniem kategoriami, że „skoro moja muzyka jest tak dobra i wspaniała, to i tak SAMA wypłynie”, trzeba ją ludziom „wciskać”, gdzie i jak tylko się da, a wówczas może w krótkim czasie będą rezultaty.

Tego z serca sobie i wszystkim życzę!

Powodzenia!

Share

Ten właśnie standard (MIDI) zrewolucjonizował pracę z instrumentami i wszelkim sprzętem elektronicznym w studio i na estradzie.
Do późnych lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku istniało jeszcze wiele różnych protokołów wymiany informacji pomiędzy różnego typu urządzeniami, takimi jak syntezatory czy multiefekty oraz klawiatury sterujące i inne kontrolery. Wiele z tych urządzeń obsługiwało jedynie sterowanie napięciowe (Control Voltage – w skrócie CV/Gate, gdzie „Gate” informuje, czy dany odpowiadający informacji CV klawisz został wciśnięty, czy też zwolniony), inne wprowadzały własne, bardziej „egzotyczne” standardy wymiany informacji.
Efektem tej wielkiej różnorodności standardów było między innymi to, że muzyk wykonujący na żywo bogato zaaranżowane utwory praktycznie nie był widoczny zza wielu piętrowo ułożonych klawiatur i wielkich skrzyń pełnych efektów…

Taka niekomfortowa dla muzyków sytuacja trwała do wczesnych lat osiemdziesiątych, wówczas to zajęto się próbą unifikacji i stworzenia nowego, jednolitego standardu komunikacji takich urządzeń.

W roku 1980 pierwszym na świecie instrumentem, w którym próbnie zamontowano ów interfejs MIDI, był rozbudowany syntezator firmy Yamaha (model DX1), który był też przodkiem niezwykle popularnego typu DX7 (któż nie pamięta tej legendarnej nazwy).

Następnie w roku 1983 Dave Smith przedstawił światu już sformułowaną technicznie propozycję uniwersalnego standardu cyfrowej komunikacji pomiędzy różnymi urządzeniami. Dave Smith skonstruował wówczas bardzo popularny w tamtym czasie (i naprawdę bardzo dobry) instrument Sequential Circuit Prophet 5 – właśnie pierwszy w historii instrument, w którym fabrycznie zastosowano złącza standardu MIDI).

W ten sposób w 1985 roku oficjalnie narodziło się MIDI (Musical Instrument Digital Interface – Cyfrowy Interfejs Instrumentów Muzycznych). MIDI początkowo było wykorzystywane przez niewielką liczbę urządzeń, lecz z upływem czasu zaczęło zdobywać coraz większą popularność.

Z pewnością kamieniem milowym w procesie upowszechniania MIDI było wykorzystanie seryjnie tego portu w komputerach linii ST produkowanych przez firmę Atari…
Wielką ciekawostką związaną z tym standardem był fortepian Boesendorfera, który został wyposażony w to cyfrowe łącze i dzięki temu mógł odtwarzać cyfrowe komunikaty przez wbudowany system zmotoryzowanych klawiszy.

I tak przez kolejne lata interfejs ten wciąż zyskiwał na popularności i stał się niekwestionowanym standardem komunikacji muzycznych urządzeń elektronicznych.

Ale MIDI to obecnie znacznie więcej niż tylko komunikacja instrumentów między sobą i z komputerami. To także sterowanie przeróżnymi przetwornikami dźwięku, praktycznie całym wyposażeniem nowoczesnego studia. W czasie występów na żywo także korzysta się z tego standardu, na przykład do synchronicznej z dźwiękiem pracy systemów oświetleniowych, projekcyjnych i scenograficznych.

Także zdecydowana większość nagrywających i występujących muzyków z kręgu tzw. muzyki poważnej też w jakimś stopniu korzysta z tego standardu podczas rejestracji swych wykonań, choć robi to często nieświadomie. Tak na przykład powstają najbardziej zgodne z duchem klasycznym nagrania wielkich kompozytorów wykonywane przez wirtuozów klasycznych instrumentów, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, że ich wykonanie jest rejestrowane na twardym dysku za pomocą programu DAW (Digital Audio Workstation), który może właśnie dzięki MIDI sterować pracą szeregu efektów i przetworników.

Aż strach pomyśleć, jak potoczyłyby się losy współczesnej technologii w muzyce, gdyby w latach osiemdziesiątych nie opracowano standardu MIDI, ale z drugiej strony jego powstanie było naturalną konsekwencją panującego wówczas rozgardiaszu związanego z istnieniem wielu systemów takiej komunikacji i wcześniej czy później, moim zdaniem, MUSIAŁO zostać opracowane.

Share